Wiadomość przyszła w chwili, gdy w Maso Corto przygotowywałem się do degustacji południowotyrolskich win. Zanim zszedłem do sali, w której miałem poprowadzić prelekcję Włosi już wiedzieli. Nic dziwnego – to między innymi Bożena sprawiła, że Polacy na wakacjach w Dolomitach przestali kupować chianti i nero d’avola z Sycylii, a na warsztat wzięli lagreiny i gewürztraminery. Od kilku lat jej firma Itabo zajmowała się promocją w Polsce południowotyrolskich produktów z zastrzeżoną nazwą pochodzenia: specku, jabłek i, przede wszystkim, win.

Telefony dzwoniły z Polski, ale i z Włoch. W słuchawce odezwał się przerażony głos Henia Rivetto, winiarza z Barolo, którego pierwszy raz odwiedziłem przecież z Bożeną – gotowaliśmy razem wspólną kolację z szefem kuchni nieopodal Sinio, popijaliśmy nebbiolo z widokiem na Serralungę…
Po raz pierwszy poznaliśmy się jednak siedem lat temu w Warszawie, we Włoskim Instytucie Handlu Zagranicznego. Była naszym, Magazynu WINO, pierwszym włoskim kontaktem. Organizowała wyjazdy prasowe do Italii, kolacje i degustacje w Warszawie. Po kilku latach zdecydowała się na własną firmę. Itabo zajęła się promocją włoskich winiarzy i producentów żywności w Polsce.
To dzięki Bożenie mięliśmy w naszym kraju jedne z pierwszych kursów degustacji i zastosowania oliwy z oliwek.

Kochała Włochy. Uwielbiała Palermo i Piemont, ale z radością zapuszczała się także w dzikie zakątki Abruzji. Wielbiła małe przydrożne trattorie bez drukowanego menu. Pracowała z Włochami i jeździła tam z chęcią na wakacje.

Na te ostatnie nie dotarła. Bożena Jurecka odeszła 16 czerwca. Zginęła razem z Laurą, 2,5 roczną córeczką w wypadku samochodowym w Warszawie.

Pozostały nieodbyte rozmowy, podróże, wina, które mieliśmy wspólnie wypić…

Temat jest mało świąteczny, w dodatku nie dotyczy wina. Tak, lubię od czasu do czasu uraczyć podniebienie piwem. Z tym większą radością znalazłem kilka tygodni temu w swoim Carrefourze znakomite niepasteryzowane piwo Ciechan. Nie dość, że oryginalne, smaczne, spoza zaklętego kręgu korporacyjnych browarów to jeszcze, co okazało się przy kasie, w butelce zwrotnej. Mogłem zatem nie tylko radować się piwem, ale i mieć poczucie dobrze spełnionego ekoobowiązku. Skrzętnie przechowałem puste butelki, a przy okazji wielkopiątkowych zakupów postanowiłem zwrócić je w sklepie.

Na próżno szukałem na terenie supermarketu maszyny przyjmującej flaszki – prostego urządzenia znanego z Niemiec, Czech, czy Austrii, stojącego nie tylko w wielkopowierzchniowych marketach, ale i w zwykłych osiedlowych sklepach. Pracownik grzecznie poinformował mnie, że skup prowadzony jest w Punkcie Obsługi Klienta. Tam też, już po zakupach poszedłem. Pani widząc 9 butelek na ladzie wyglądała na wyraźnie zaskoczoną. Rozpoczęła się skomplikowana procedura trwająca przynajmniej pięć minut. Oczywiście, na początku zostałem poproszony o paragon dokumentujący zakup piwa. Na to, jako wychowanek PRL-u, który sklepowe kurioza zna nie z filmów Barei, ale z własnego doświadczenia, byłem przygotowany. Na pytanie, co by było, gdybym kwitów nie przedstawił dowiedziałem się, że o zwrocie kaucji musiałbym zapomnieć. Kolejne kilka minut trwało odnotowanie w papierach faktu oddania dziewięciu pustych flaszek w marketowej ewidencji. W końcu zostałem poproszony o złożenie podpisu pod protokołem przyjęcia flaszek. No i dostałem swoje 4,50 pln.

Wiem, że procedura, której stałem się świadkiem nie była fragmentem wielkopostnej pokuty. Będę ją przechodził za każdym razem oddając butelki. Nie spocznę – w imię dobrego smaku i ekologii. Mam tylko nadzieję, że rosnąca liczba klientów oddających butelki zwrotne w POK doprowadzi pracujące tam panie do szału, co poskutkuje zakupem opisanego wyżej urządzenia odbierającego szkło.

PS. W koszykach klientów naprawdę dużo wina. W co najmniej kilku widziałem sporo butelek w kolorze różowym. Idzie ku lepszemu!

Giacomo Neri sprawia wrażenie człowieka prostolinijnego. Los zetknął nas w ostatni piątek przy jednym stole w montalcinskiej restauracji, podczas tzw. kolacji galowej z okazji Benvenuto Brunello 2010. Ta doroczna degustacja nowego rocznika czołowego toskańskiego wina odbywa się w ciasnym, jak na liczbę zaproszonych gości, namiocie ustawionym na dziedzińcu fortecy w Montalcino. Narzekaliśmy na ową ciasnotę, hałas i chaos, narzekaliśmy też na porażającą absencję czołówki producentów brunello na prezentacji w fortecy: od Biondi-Santi, przez Salvioniego, Conti Costanti, Solderę, Pieve Santa Restituta i wielu innych, aż po Casanova di Neri należącą do wspomnianego w pierwszym zdaniu Giacomo.

Winiarz poczuł się wywołany do tablicy. Następnego dnia siedziałem w przestronnym pokoju degustacyjnym Casanova di Neri przed rzędem butelek. Giacomo przyznał, że choć sam należy do władz Consorzio Brunello di Montalcino, świadomie rezygnuje z udziału w publicznej degustacji. Powodów jest kilka:
1. Neri chce mówić o swoich winach; warunki w fortecy nie bardzo na to pozwalają.
2. Temperatura, a raczej jej ciągłe zmiany, od fal gorąca, po podmuchy zimna, a także hałas i ścisk nie sprzyjają skupieniu degustatorów, a więc i samym winom.
3. W poprzednich latach często dochodziło do pomyłek. Krytycy degustują wino przy stołach; zamawiają poszczególne próbki przekazując listę numerów sommelierom, ci zaś przynoszą napełnione już kieliszki. Neri twierdzi, że kilkukrotnie, gdy uczestniczył jeszcze w prezentacji, przyniesiono mu próbkę rzekomo jego wina, choć w kieliszku znajdowało się zupełni inne brunello (problem, na szczęście, został w tym roku wyeliminowany – po raz pierwszy sommelierzy przynosili zamówione butelki do stołu i nalewali próbki do kieliszków pod kontrolą degustatorów).

Przyjmuję argumenty Giacomo, podnoszone zresztą przez innych winiarzy, choćby Franco Biondi-Santiego, czy Giuglio Salvioniego. Z drugiej strony degustacja Benvenuto Brunello to unikatowa szansa na całościowe zapoznanie się z nowym rocznikiem. Dopóki starczy mi sił i cierpliwości, będę degustował prezentowane w jej czasie wina, mimo ciasnoty, hałasu i zmiennej temperatury. Być może Montalcino dorobi się kiedyś centrum ekspozycyjnego na miarę Stazione Leopolda we Florencji, gdzie kilka dni wcześniej degustowaliśmy Chianti Classico. Na szczęście też pobyt w Montalcino umożliwia „domowe” wizyty u winiarzy, jak ta w Casanova di Neri.

A same wina Giacomo? Ich jakość i styl stawiają mnie w kropce. Obfity, szczodry, bardzo pełny styl Casanova di Neri leży bowiem na przeciwległym biegunie tego, co w Montacino lubię najbardziej, a więc mineralnej subtelności i elegancji Salvioniego, czy Andrei Costantiego, niemal „burgundzkiej” delikatności moich nowych ulubieńców z Pian dell’Orino, Salicuti i Stella di Campalto. To wina-mocarze – jednak przede wszystkim w rozumieniu szczodrego, wybuchowego niemal owocu, a nie karykaturalnej hiperkoncentracji. Zawsze świetnie kwasowe, zawsze ujęte w ramę nienagannej tanicznej konstrukcji. Koniec końców eleganckie. Wreszcie o niezwykłym potencjalne starzenia. Do kolacji Giacomo otworzył rocznik 1985 „zwykłego” brunello (robi w sumie trzy, ze względu na różne położenie winnic: owo „zwykłe” zwane też „biała etykieta”, Tenuta Nuova i legendarne i ekstremalnie drogie Cerretalto). To, że wino żyło i było w świetnej kondycji specjalnie nie dziwi – dziwiła przede wszystkim fenomenalna po 25 latach świeżość i pełnia owocu. Czapki z głów!

Wojtek Bońkowski w swej niemal bezpośredniej relacji z degustacji rieslingów Grosses Gewächs w Wiesbaden podsumował rocznik 2008 właściwie kompletnie i trudno się z nim generalnie nie zgodzić. Przyznaję, że gdy WB stukał dzielnie w klawisze komputera, ja leczyłem nadgryzione przez nadmierną kwasowość zeszłorocznych rieslingów (nigdy nie przypuszczałbym, że spod mojej ręki wyjdą takie słowa…) piwem nad brzegiem Renu w Rüdesheim. Minął tydzień i to już najwyższy czas by przedstawić listę swoich faworytów z degustacji VDP.
Nad Mozelą faworyta mam jednego: Ürziger Würzgarten Dr. Loosena. W przeciwieństwie do WB bardzo lubie styl Ernsta Loosena i to we wszystkich odcieniach, a Würzgarten jest jednym z moich ulubionych siedlisk między Traben-Trarbach, a Bernkastel. Wino jest przenikliwe i pikantne, ultraczyste i bezkompromisowe.
Rheingau rozczarowało i mnie i właściwie jedynym winem (z prezentowanych), na które chciałbym wysupłać pieniądze byłby Gräfenberg Roberta Weila, świetnie skonstruowane, przy tym szczodre, ale piekielnie konsekwentne.
We Frankonii najbardziej urzekł mnie tym razem świetnie owocowy, a przy tym konsekwentnie mineralny riesling Pfülben Juliusspital. Ogólnie silvanery wypadły lepiej niż rieslingi, ale nie znalazłem pośród nich win ewidentnie znakomitych. Na uwagę zasługują z pewnością wina z siedliska Lump zarówno od Horsta Sauera, jak i z Juliusspital (ta wielka firma z Würzburga pokazała chyba najbardziej konsekwentną, szeroką i dobrą ofertę z Frankonii) oraz Schlossberg Fürstlich Castell’sches Domänenamt.
Trzeci rok z rzędu uważam, że najlepsze niemieckie rieslingi klasy GG pochodzą z Nahe. Grupa kilku fenomenalnych winiarzy mających w dodatku winnice w zróżnicowanych siedliskach potrafi wyrobić markę całemu regionowi. O ile Dönnhoff pokazał wina ewidentnie eleganckie, zrównoważone i stonowane, nie kipiące mineralnością i kwasem, ale wymagające i dla cierpliwych (świetne Dellchen, jeszcze lepsze Hermanshöhle), o tyle moimi prywatnymi gwiazdami rocznika są Emrich-Schönleber i Schäfer-Fröhlich. Ten ostatni robi z pewnością wina bardziej krzykliwe, choć mówię tu o potężnej ekspresji ostrej, bezkompromisowej mineralności. Pierwszy prezentuje zimną kamienność swych win w sposób bardziej powściągliwy, opanowany. Moi faworyci to Kupfergrube Schäfer-Fröhlicha i Frühlingsplätzchen Emrich-Schönlebera. Tuż za nimi wyprodukowane przez obie winiarnie i pięknie różniące się w detalach stylu wina z Halenbergu. Kolejne dwa wina Schäfer-Fröhlicha, Felseneck i Felsenberg również zasługują wg mnie na oceny znakomite.
Jestem też mniej krytyczny wobec Armina Diela. Lubię jego wina od lat i uważam, że w 2008 r. dopełnia kwartet „Wielkich” z Nahe zwłaszcza dzięki rieslingom z Burgbergu i Pittermännchen.
Degustację win z Hesji Nadreńskiej zaczęła długa seria równych, choć nie wybitnych, w sumie udanych win. Muszę przychylić się do komplementów dla rieslingów od Kühling-Gillot (zaiste świetny Pettenthal), smakują mi od zeszłego rocznika, wcześniej bywało różnie. Z pewnością duża w tym zasługa Olivera Spaniera, męża Caroliny Gillot, który pracuje też we własnej winiarni Battenfeld-Spanier, dla mnie – czarnego konia heskiej części degustacji. Oba rieslingi Spaniera, Frauenberg i w nieco mniejszym stopniu Hohen-Sülzener Kirchenstück są perfekcyjnie skonstruowane i do cna mineralne.
Chwalony przez Wojtka Bońkowskiego Kirchspiel Kellera, za który w poprzednich rocznikach gotów byłem dać się pokroić, w moim kieliszku tym razem milczał. Był ultrasurowy, świetnie zintegrowany, harmonijny, ale potwornie zamknięty. Nie mogłem określić go w ogólnej ocenie inaczej, niż jako „kontrowersyjny”. Problemów tych nie miałem przy wszystkich trzech winach Wittmanna, elegancko krynicznych, skalnych i jakże przyjemnych: Kirchspiel, Brunnenhäuschen, a zwłaszcza Morstein.
I wreszcie Palatynat. W ciepłych rocznikach często zbyt dla mnie pełny, za mało skalny, w chłodniejszym 2008 dał całą baterię kapitalnych win. Mam dużą słabość do nielubianych przez WB win Steffena Christmanna (A. Christmann). W 2008 połączył w sposób fantatstyczny chłodną mineralność z hedonistyczną wręcz owocowością i ekspresją. To są wina do picia (choć w piwnicy przetrwają z łatwością lata), radosne, a przy tym kapitalnie złożone, zróżnicowane i jedyne w swoim rodzaju. Na czele Idig, zaraz potem Mandelgarten i Reiterpfad, tuż za nimi Langenmorgen. Kupić, pić, czekać, pić, czekać…
Zeszły, trudny rok pokazał też klasę starych palatyńskich wyjadaczy określanych jak 3xB. Będąca w świetnej formie winiarnia Reichsrat von Buhl pokazała serię świetnych, ekspresyjnych win z Forst: Jesuitengarten, Pechstein i Kirchenstück oraz pikantnym, cytrusowo-skalnym, opanowanym Paradiesgarten z Deidesheim . Bassermann-Jordan zrobił w 2008 r. bodaj najlepsze wino na Pechsteinie i znakomite w Kirchenstück i w Hohenmorgen. Bürklin-Wolf zasłużył zaś na najwyższe słowa uznania za czyste, eleganckie, delikatne Kalkofen.
Do tego towarzystwa dodałbym jeszcze Georga Mosbachera za sprawą jego jesienno-skalnego, powściągliwego rieslinga Pechstein. Co za terroir!
Last but not least dwaj znakomici producenci z południowego Pfalzu, czyli zawsze lubiany Ökonomierat Rebholz ze swoimi szczodrymi, mineralno-owocowymi rieslingami Im Sonnenschein (także w wersji „Ganshorn”) oraz Kastanienbusch. Drugi to oczywiście Dr. Wehrheim robiący nieco bardziej surowe, ale równie eleganckie i zrównoważone rieslingi Kastanienbusch i Kastanienbusch „Koeppel”.
Przy najbliższej okazji dorzucę kilka uwag o niemieckim pinot noir AD 2007 degustowanych w Wiesbaden obok rieslingów. Tym bardziej, że kierunek od 200-procentowej nowej beczki do większej ekspresji spätburgunderowego owocu wydaje się bardzo sensowny.

Termin tegorocznego Konwentu Polskich Winiarzy w Niepołomicach nie dał się, w moim przypadku, pogodzić z planowanym od dawna spływem Wisłą. Tak, tak – wraz ze swoim żeglarskim druhem i naszymi dziećmi postanowiliśmy ruszyć z biegiem Królowej Polskich Rzek na pokładzie wysłużonej, zabudowanej dezety „Biały Słoń”.

W czasie, gdy w Niepołomicach do kieliszków trafiały hibernale i ronda, my wodowaliśmy łajbę u stóp opactwa w Tyńcu. Gdy moi koledzy cmokali nad siberami mijaliśmy deszczowy Kraków i zaśmiecone po wiankach i koncercie Lenny’ego Krawitza podwawelskie Powiśle. Gdy zaś wszyscy wyciągali już spokojnie wnioski z IV KPW my żeglowaliśmy wezbraną rzeką z dala od cywilizacji.

Wisła jest piękna. W tym zdaniu nie ma nic banalnego. Po prostu jest. Dzięki temu, że Polska odwraca się do swej najdłuższej rzeki plecami, Wisła i jej brzegi pozostają dziką, fascynującą enklawą. Konsekwencją tego stanu jest brak: prądu, internetu, prysznica, toalety… mam wymieniać dalej?

Są za to ludzie. Dobrzy ludzie. Pod Nowym Brzeskiem z przybrzeżnych krzaków wyłonił się uroczy kłusownik, który podarował nam wielkiego leszcza. W nocy, gdzieś na wysokości Woli Rogowskiej, przy „Słoniu” pojawił się młody chłopak z jajkami „prosto od kury”, a dzień później, przy Starych Gacach mężczyzna z łubianką truskawek i workiem suchego drewna na ognisko.

Dopełnieniem tych spotkań był postój na wysokości Starych Kaliszan, już w granicach regionu winiarskiego Małopolski Przełom Wisły. Wąska stroma ścieżka wiodąca z brzegu do wsi zawiodła nas wprost na… winnicę. W krzątającym się przy krzewach hibernala mężczyźnie rozpoznałem zaś Ryszarda Rejowskiego, którego poznałem miesiąc wcześniej na Święcie Wina w pobliskim Janowcu.

Pan Ryszard uprawia swoją „Winnicę Domową – Kalisja” od 2006 roku. W tym roku spodziewa się pierwszego zbioru. Plantacja ma pięć arów, liczy około 300 krzewów. Rejowski myśli o podobnej liczbie butelek rocznie – wszystko zgodnie z założeniami MPW. Działka ma dobrą, zachodnią ekspozycję, leży na lekkim spadku, na wapiennym podłożu. Winnica jest bardzo strannie nasadzona, młode pędy pną się po drutach rozpiętych między porządnymi, betonowymi słupkami.

Pan Ryszard ma na szczęście obok wina jeszcze jedną pasję – kawę. Sam sprowadza oryginalne gatunki z całego świata, sam pali ziarna i, w niewielkiej skali dystrybuuje między znajomymi. Nas poczęstował kawą jemeńską – świeżo zmieloną w żarnowym młynku (innych nie uznaje) i zaparzoną w caffettierze na turystycznej butli gazowej. Jeśli wina ze Starych Kaliszan będą miały podobny smak jak zaserwowana przez Rejowskiego kawa – jestem spokojny o los Kalisji.

Z radością czytam wpisy swoich kolegów na temat udanej degustacji win z Południowego Tyrolu w Warszawie. Z radością, choć bez zazdrości. W trakcie gdy Wojtek Bońkowski wygłaszał prelekcję na temat Alto Adige, a Andrzej Daszkiewicz buszował między stołami pinot bianco i lagreina ja miałem przyjemność prowadzenia degustacji win południowotyrolskich dla uczestników kolejnej edycji „Polskich Dni w Maso Corto”. Ów niewielki kurort narciarski na końcu doliny Senales od kilku lat gości tych polskich narciarzy, którzy nie przyjmują do wiadomości informacji, że lato za pasem i próbują ostatnich w sezonie szusów na lodowcu.

Po raz pierwszy „Magazyn WINO” miał przyjemność być patronem medialnym tej imprezy, co w praktyce przełożyło się na cztery degustacje, które miałem przyjemność prowadzić. Jedna z nich miała miejsce w schronisku Lazaun na wysokości 2430 m n.p.m. – nigdy wcześniej nie miałem możliwości prowdzić sesji degustacyjnej tak wysoko.

Pokazywaliśmy klasyczne wina z Alto Adige: świetne, świeże Pinot Bianco Dellago 2008 ze spółdzielni w Bolzano, wyśmienicie aromatyczny Gewuerztraminer 2008 Puntay Erste & Neue, przyjemny, klasyczny, górski Sauvignon 2008 Petera Zemmera, z czerwonych zaś Lagrein 2007 Franza Haasa – skoncentrowany, pełen owocu i siły, przy tym niezwykle świeży; dwa Blauburgundery (Pinot Nero) 2006: ze spółdzielni Meran i zjawiskowy Castel Juval robiony pod auspicjami himalaisty Reinholda Messnera, kapitalnie oddający charakter wysokogórskiego siedliska Doliny Venosty; wreszcie dwie Schivay/Vernatch 2008: ze spółdzielni Nals Margreid i Rondell z winiarni Franza Gojera – obie spełniające wszelkie funkcje znakomitych win gastronomicznych, proszące się o deskę południowtyrolskiego specku.  Doświadczenie ze schiavą przeprowadziłem na żywym organizmie blisko stu osób, które w sumie wzięłu udział w degustacji. Te wina „się pije”, co potwierdziła większość uczestników warsztatów w Maso Corto. Przyłączam się tym samym do apelu Wojtka i Andrzeja: więcej schiavy!

A enonarciarzy zapraszam już na przyszłoroczną edycję polskich dni w Maso Corto. Planujemy wyrwać się z doliny i ruszyć ku winiarniom, sadom jabłkowym i masarniom.

Wywołany do tablicy przez Andrzeja Daszkiewicza przyznaję: Styria jest piękna! A oto kilka dowodów:

Zieregg, jedno z najlepszych europejskich siedlisk sauvignon blanc fot. tpb

Zieregg – jedno z najlepszych w Europie siedlisk sauvignon blanc.

Wokół Possnitzbergu fot. tpb

Okolice Possnitzbergu.

Winnica Erwina Sabathiego fot. tpb

Winnica Erwina Sabathi’ego – przykład nowoczesnej architektury winiarskiej. W Styrii – standard.

Possnitzberg raz jeszcze fot. tpb

Wokół Possnitzbergu.

Okolice Possnitzbergu fot. tpb

I tu także. Mnie Styria bardziej niż Piemont przypomina Beskid Sądecki, tyle że pełen winnic.

Bad Gleichberg to nieduży kurort w Południowo-Wschodniej Styrii, tuż przy granicy węgierskiej. Odpoczywamy tu po pierwszej setce win zdegustowanych wczoraj i dziś w czasie podróży z cyklu „Wine Summit” zorganizowanej przez Austrian Wine. Brak aktywności blogowej nie wynika z lenistwa, ale z niesamowitego tempa, jakie narzucili organizatorzy. Zaczęliśmy we środę wieczorem w Grazu otwartą degustacją kilkunastu styryjskich win, niejako na rozgrzewkę. I choć nie znalazłem w tym pierwszym zestawie win wielkich, miałem nieodparte wrażenie, że chciałbym mieszkać w kraju, w którym na wyciągnięcie ręki są całe zastępy gelber muskatellerów, welschrieslingów, sauvignon blanc, czy morillon (chardonnay) za kilka euro flaszka – świeżych, krystalicznie czystych, nierzadko ładnie mineralnych win codziennych.

We czwartek rano ruszyliśmy do Styrii Zachodniej słynącej z potężnie kwasowego schilchera, jednego z najlepszych i najbardziej użytkowych win różowych świata, pod warunkiem, że kochamy wysoką kwasowość, albo umiemy odpowiednio dobrać do wina potrawy. Degustacja tuzina schilcherów odbyła się malowniczo położonym zamku Steinz, a poprowadził ją jeden z najbardziej znanych austriackich krytyków winiarskich, Peter Moser z magazynu „Falstaf”. Peter przyznał, że jeszcze 20 lat temu o schilcherze nie słyszano nie tylko poza Austrią, ale i poza Weststeiermarkiem. Gdy zapanowała moda na wina różowe, schilcher wrócił do łask. Do tego stopnia, że próbowano podrabiać go w innych regionach. Zdaniem Mosera jest to niemożliwe z dwóch względów: bazaltowego siedliska Zachodniej Styrii i wyjątkowej odmiany blauer wildbacher, z której powstaje to specyficzne wino. Pośród degustowanych win najbardziej podobało mi się Engelweingarten Alte Reben 2008 od Reiterera i Langegg 2008 Friedricha. Oba soczyste, nerwowe, pełne owocowych nut, idealne do letniej kuchni.

Kitzeck to jedno z centrów winiarskich Południowej Styrii. To także wieś słynąca z hodowanych metodami slow foodowymi kapłonów. Te smakowite kuraki stanowiły danie główne lunchu w restauracji Kappel, a towarzyszył mu zastęp południowostyryjskich win z odmian burgundzkich (pinot blanc, chardonnay, pinot gris). Do kapłona najlepszy okazał się Weissburgunder ze znanej winnicy Grassnitzberg (2008) z winiarni Primus Polz oraz Morillon Ratsch 2008 Stefana Potzingera.

Poobiednia degustacja win z odmian burgundzkich została podzielona na cztery „flighty”. W pierwszej degustowaliśmy pinot blanc i tu najlepszy okazał się Weissburgunder Kittenberg 2007 Grossa, wino klasycznie kwaitowe, miękkie i eleganckie w nosie, w ustach zaś pikantne, mineralne, pełne południowostyryjskiej osobowości. W dwóch kolejnych seriach poświęconych morillon/chardonnay moim prywatnym zwycięzcą okazał się Morillon Obegg Grosse Lage STK 2006 Polza. To wino, które przywraca mi wiarę w chardonnay, pokazuje jak potwornie ta potencjalnie znakomita odmiana została zwulgaryzowana i co można z niej uzyskać mając odpowiednie siedlisko i umiejętności winiarskie. Obegg to bez wątpienia jedno z najlepszych styryjskich terroirs. Bracia Polz robią tam czyste, strukturalne wino o wielkim potencjale, inteligentnie potraktowane dębem, który ma wszelkie szanse całkowicie wtopić się w to wielkie morillon. Niech żyje chardonnay! Zawsze dziwie się sobie, gdy wypisuje takie rzeczy, ale z pokorą chylę głowę przed wielkim styryjskim siedliskiem.

W serii pinot gris nie było już win tak spektakularnych, choć Grauburgunder Reserve Schlosskogel Erste Lage STK 2007 od Winklera-Hermadena smakował przednio. To wino pikantne, mineralne, potężne, z niewątpliwym potencjałem rozwoju w butelce.

A teraz już przerywam relację, bo autobus czeka. Wieczór zatytułowany „Styria spotyka Burgenlandię” ma obfitować w blaufränkische, co cieszy po 110 białych winach w ostatnich dwóch dobach.

Walizka nie zdążyła nawet powędrować do szafy, a już trzeba się pakować. Lecę jutro do Styrii na „Wine Summit”, organizowaną co dwa lata przez austriacki „Wein Marketing”. Muszę przyznać, że od lat jestem pod głębokim wrażeniem działań tej organizacji promującej rodzime winiarstwo. Rozmach imprez to jedno, a sposób przygotowania to drugie. Zwykle działania podobnych instytucji ograniczają się do wizyt w winiarniach i degustacji. W przypadku „Wein Marketingu” do także świetnie przygotowane seminaria, wykłady, degustacje porównawcze (w tym roku w Styrii czeka mnie na przykład sesja porównawcza lokalnych sauvignon blanc z tymi znad Loary i z Nowej Zelandii).

Program jest zabójczy – każdego dnia cztery, pięć podobnych punktów, ale jak mawiają weterani winiarskich wyjazdów: nie robimy tego dla przyjemności.

Jestem bardzo ciekaw Styrii. Znam tamtejsze wina od lat i, zwłaszcza białe, należą do moich ulubionych. Teraz wreszcie przyszedł czas na bezpośrednie zetknięcie z regionem, ludźmi, krajobrazem ale i legendarną już architekturą tamtejszych winiarni.

Jeśli tylko uda mi się być on-line, obiecuję częste relacje.

Tym, którzy zostają w Polsce życzę zaś dobrej pogody na długi weekend i samych udanych win na początek lata.

W czasie kolacji kończącej konkurs Bormustra w Pannonhalmie, a odbywającej się w ogrodach opackiej winiarni pojawiły się tuzy węgierskiego winiarstwa.

Jozsef Bock z Villány fot. tpb

Jozsef Bock z Villány

Vince Gergely (Úri Borok) z Tokaju fot. tpb

Vince Gergely z Úri Borok w Tokaju

Vilmos Thummerer z Egeru fot. tpb

Vilmos Thummerer z Egeru

János Árvay z Tokaju fot. tpb

János Árvay z Tokaju

Istvan Szepsy z Tokaju fot. tpb

Istvan Szepsy z Tokaju

Istvan Jásdi z Csopak nad Balatonem fot. tpb

Istvan Jásdi z Csopak nad Balatonem

Imre Györgykovács z Somló fot. tpb

Imre Györgykovács z Somló

Attila Gere  z Villány fot. tpb

Attila Gere z Villány

Tak zaś wyglądało moje miejsce pracy

Moje stanowisko pracy fot.tpb

A tak kwitnie w czerwcu w Pannonhalmie lawenda

Kwitnąca lawenda w opackich ogrodach w Pannonhalmie

 

Styczeń 2012
P W Ś C P S N
« cze    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.